Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na szlaku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na szlaku. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2015

"Cysia, patrz, kto nas uratował..."

Me & Mary, piszę ja.

No więc tak. Powspominajmy wakacje.
Byłyśmy razem z duszpasterstwem DĄB na wyjeździe w Tatrach. Chodziliśmy dużo po górach, dużo się śmialiśmy i w ogóle.

Jakoś tak wyszło, że po paru dniach obie potrzebowałyśmy samotności. Żeby sobie coś przemyśleć. Na szczęście umiemy milczeć we dwie (cudowna sprawa! polecam gorąco mieć osobę, z którą można milczeć bez skrępowania). Więc poszłyśmy we dwie w góry. I góry, i samotnie, i bezpiecznie.

Wiało.
Bardzo wiało.
Bardzo bardzo wiało.

niedziela, 27 września 2015

Pożegnać Bieszczady... na ile?

Obóz nieuchronnie miał się ku końcowi.

Pojechałyśmy jeszcze na koniec do Soliny z planem odpoczęcia i wysłonecznienia się na plaży. Jakieś kajaki, coś...

Spałyśmy na czyjejś łące. G. napisała do wszystkich możliwych ludzi w Solinie, gdzie tam można spać możliwie tanio i załatwiła nam nocleg za darmo. Solinianka Villas & Spa zaoferowało nam miejsce na namioty za darmo, w zamian za to, że w relacjach z obozu o nich wspomnimy, że to oni (wspominamy, dziękujemy!).
Wprawdzie był problem z łazienką, ale od czego są strumienie...

Pogoda pokrzyżowała nam plany i koniec końców ostatniego dnia zamiast plażować zrobiłyśmy spontaniczne tańce pod wiatą połączone z nauką gry na flecie poprzecznym (prawie nauczyłam się grać "sto lat", ale super).

Pojechałyśmy do Zagórza i stamtąd do Warszawy, kolejny raz tym pociągiem, który jedzie tak naokoło, że już bardziej się nie da.

W Boguchwale przyszła na peron Ula, która kiedyś była drużynową Zuzi, a teraz tam mieszka.

Odbyło się mnóstwo ważnych rozmów...
...i koniec.

* * *

Góry trzeba było pożegnać.
Ale nie na długo - po dwóch tygodniach znów je zobaczyłam :). Wprawdzie Gorce, nie Bieszczady, ale...
...ale kawałek mnie w Bieszczadach został. Pewnie jeszcze tam wrócę. I mam nadzieję, że nie będę musiała na to zbyt długo czekać.

Bo wiecie, chata.


sobota, 26 września 2015

Złapać wschód słońca

Z.

Z chaty trzeba było wyruszyć dalej. Niestety.

po drodze do Łopienki

Dojechałyśmy stopem do Cisnej, stamtąd na nogach do Dołżycy i do bazy studenckiej w Łopience.

* * *

Ustaliłam z Z., że chcemy jeszcze raz spróbować złapać wschód słońca. Mapa mówiła, że na szczycie Łopiennika jest punkt widokowy, więc powinno być ładnie.
Dziewczyny, które szły przez Łopiennik (szłyśmy dwoma trasami) mówiły, że straszne błoto, więc idzie się powoli.
No i będziemy szły w nocy i nie znamy drogi.
To trzeba mieć zapas czasu.
Godzinę wyruszenia ustaliłyśmy na 2:30.

W nocy co chwila się budziłam, bo bałam się, że zaśpię albo że nie będę mogła znaleźć budzika i obudzę Maję.
W końcu gdy zadzwonił budzik zorientowałam się, że dźwięk jest wielce niesprzyjający wschodowi słońca.
Krople. Deszczu. Padają na namiot.

piątek, 25 września 2015

Chata na końcu świata

Jak planowałyśmy obóz to Maja mówiła, że jest to absolutnie unikalne miejsce na Ziemi.
Albo nie doceniłam tej informacji, albo w wirze zdarzeń obozowych zapomniałam o tym, że takie jest.
Wszystko jedno, jak to było.
W każdym razie jak doszłyśmy do chaty w ten środek nocy, mając pioruny ze wszystkich stron, rozbiłyśmy namioty i weszłyśmy do środka...


...to poczułam, że to jest moje miejsce na ziemi. Dom o Zielonych Progach śpiewa, że "gór co stoją, nigdy nie dogonię, znikających punktów na mapie, i chaty by nazwać ją swym domem, do której żaden szlak by nie trafił...".
Otóż okazuje się, że taka chata jednak istnieje.
No, jest przy szlaku.
Ale poza tym spełnia wszelkie warunki ;-).

czwartek, 24 września 2015

Bieszczady - dzień odpoczynku i dzień wyczynu

Kolejny dzień był spokojny. Przejechałyśmy się konno, zrobiłyśmy pranie, na spokojnie dobry, dwudaniowy obiad, zajęcia jedne i drugie... napisałyśmy listy do G., której nie mogło być z nami na obozie...

Wiedząc, że kolejnego dnia mamy do przejścia naprawdę BARDZO dużo, poszłyśmy spać wcześnie. Bo pobudka była ustalona na 6 rano...

* * *

...ale tutaj się zaczyna opowieść o tym, jak pierwszy (i być może ostatni) raz w życiu udało mi się kogoś wkręcić.

Nasza trasa miała zaczynać się od wejścia na Jasło. A Jasło ma tę właściwość, że jest z niego widok na wszystkie cztery strony świata. I wymarzyłam sobie, że chciałabym tam być na wschodzie słońca... ale słońce wschodziło przed 6... bo o 4:51. Podchodzi się dwie godziny, a zatem o 3 trzeba wyjść, czyli w tempie alarmowym o 2:20 trzeba wstać.

Więc o 2:15 zadzwonił mi budzik i latałam po całym domu (akurat nie spałyśmy w namiotach), po wszystkich pokojach, ogłaszając alarm plecakowy.
Cudo.

I nikt się wcześniej nie domyślił...!

Więc poza tym, że byłam niewyspana tak jak wszyscy, miałam ten jeden raz w życiu dziką satysfakcję z tego, że no właśnie.

* * *

Ech.
Potem się zaczęła mniej przyjemna część tego dnia. W nocy się bardzo miło szło. Była dogodna do chodzenia temperatura, a nie ten straszny upał... idziemy z latarkami, bez szlaku, bo już poza parkiem narodowym i szlaków mniej... nagle kilkanaście metrów ode mnie zerwał się koń. Matko Święta jak się przestraszyłam. Pobiegł gdzieś (uff). Przez kolejny miesiąc myślałam, że po prostu był za zagrodą, ale dziewczyny mówią, że nie.

Prowadziłam. Z mapą. Na azymut. W nocy. Nie wiedziałam, że potrafię, ale H. powiedziała, że tak ma być i chyba trochę nie miałam wyboru. Wyczyn! :)

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie znane nam już słoneczko. Które szło wolniej niż ktokolwiek, a w nocy i bez szlaku nie byłoby dobrze się rozdzielać.

Ech.
Skutek jest taki, że na wschód słońca na Jasło jeszcze kiedyś będę musiała wstać i wejść, bo o wschodzie słońca to my byłyśmy gdzieś w połowie drogi. No nic. Na szczęście akurat był to prześwit w lesie, więc i tak było ładnie...

Naprawdę ładnie.

środa, 23 września 2015

Bieszczady - przez Caryńską i Wetlińską

Idziemy przez Bukowe Berdo. Jeszcze dzień poprzedni...
Gdy w środku tamtej nocy położyłyśmy się spać, zaczął padać deszcz. Dopiero wtedy. Jak to się stało, nie wiem, ale to taki kolejny mały cud...

Rano, gdy się obudziłyśmy, świeciło słoneczko. Ruszyłyśmy w dalszą drogę. Powróciły stare historie z poprzedniego dnia - znów szłam sobie z ostatnim słoneczkiem i z H., usiłując motywować słoneczko do pójścia do przodu. Jakoś szło.

* * *

Było ciepło.
Po postoju zostałam zwolniona z zaszczytnego ostatniego miejsca, ale jakoś specjalnie dużo szybciej nie szłam. Podejście na Caryńską w swojej końcówce było okropne. I gorące. Słońce lało swoje promienie z nieba z siłą po prostu przeogromną... na szczęście już pod sam koniec zaczął wiać połoninowy wiatr. I zrobiło się przyjemnie. Ładnie.

AK. miała kapelusz, który, jak się umówiłyśmy,
pożyczała mi na każdym szczycie, żebym miała ładne zdjęcie ;-).
Dzięki!
No i pięknie. Połoniny są piękne. Nie lubię ich, bo nigdy nie wiem, w którą stronę patrzeć, jak widok jest na wszystkie strony...

* * *

 Na spotkanie wyszedł nam P., mąż H., który robił nam zakupy i je zawiózł na pole namiotowe, na którym miałyśmy spać kolejnej nocy. Szłam sobie przez połoninę, sama, zachwycając się widokami... spotkałam szwagra (czyli P.). Jeeej, ile prezentów wtedy dostałam. Marsa w czekotubce (tzn. po prostu tą czekotubką był, bo temperatura taka...). I jeszcze drugiego. I trzeciego na później. Matko, jakie to dobre. I picie, które nie jest wodą. No i mogłam wtedy biec dalej... ;-)

* * *

wtorek, 22 września 2015

Bieszczady - "A teraz sobie myślę o tym, że moja Mama zawsze mi powtarza..."

Rano Z. i G. wyruszyły do Cisnej z wielkim worem naszych niepotrzebnych rzeczy, aby wysłać je do Warszawy. 11,5 kilogramów zbędnych ubrań/czegokolwiek. Dobrze się tego pozbyć już na początku... ;)

Tymczasem reszta ruszyła do Wołosatego, weszła na szlak i... się zaczęło. Pierwsze podejście. Fakt, strome. Trochę byłam zmęczona. Trochę sama się bałam o swoją kondycję. Miałam iść ostatnia, ale w końcu ostatnia była H.

Po drodze okazało się dużo różnych rzeczy.

Na przykład P. sobie przypomniała, że nie wzięła leków rano i teraz jej trochę słabo. To znaczy, już wzięła, ale jeszcze nie zaczęły działać. Matko Święta, P., poczekaj! Lepiej dojść później niż wzywać GOPR.
Zamieniłyśmy się z P. plecakami, żeby miała trochę lżej (ach, mój kręgosłupie, jesteś taki pomocny! przynajmniej mogę komuś dać lżejszy plecak...). Idziemy dalej i natykamy się na nasze cztery towarzyszki, które odpoczywają po drodze. O nie, odpoczynek miał być po godzinie. Trzeba iść. Powoli, ale iść, przecież tak jest mądrzej i się mniej męczy...!!!

Idziemy! :)
Nie dało się. Siedzą dalej. Bez miłosierdzia oświadczyłam, że max. 5 minut odpoczynku, a po tych 5-ciu minutach z jeszcze większym brakiem miłosierdzia zmusiłam wszystkich do pójścia dalej.

poniedziałek, 21 września 2015

Bieszczady 2015... zanim wyruszyłam w drogę i podróż

No proszę. Półtora miesiąca po obozie znalazłam chwilę, żeby zacząć o nim trochę pisać.

Po pierwsze.
Zostawienie drużynowej samej w domu w dzień wyjazdu na obóz, jeśli wyjeżdża wieczorem, jest bardzo ryzykowne.
A przynajmniej w moim przypadku. 19 lipca myślałam, że naprawdę dosłownie oszaleję. Z niezbadanych powodów mimo nadmiaru rzeczy do zrobienia udało mi się spakować już poprzedniego dnia, pracę roczną skończyć w nocy i wszystkie ostatnie rzeczy pozałatwiać rano. Efekt był taki, że prawie całą niedzielę chodziłam bez sensu stresując się, że o czymś zapomniałam albo mogę zrobić lepiej.

W dodatku od paru dni nie mogłam dodzwonić się do G., która miała załatwić bilety na podróż. Telefon wciąż był poza zasięgiem, nie odpowiadał. Wiedziałam, że wyjechała i że do niedzieli do 15 nie ma internetu, tylko ew. zasięg, ale...
...ale w niedzielę po 15 wciąż nie odpisała na maile i nie odbierała telefonu.
Zaczęłam się martwić, że coś jej się stało. Samotne tour de Pologne na rowerze jest fajne, ale coś się może zdarzyć.
Dzwonić do jej rodziców czy nie. Dzwonić czy nie. Generalnie warto by było wiedzieć, czy mamy bilety. No i czy z G. wszystko w porządku...

niedziela, 22 marca 2015

* * *
Chciały kupić bilet, więc dostały mandat.

Leciały do pociągu po spotkaniu z Powstańcem. Miały kupić bilety w automacie, ale pociąg już wjechał na stację, więc biegiem do najbliższych drzwi, kupią bilety w pociągu, byle się na przód dostać.

Ale pojawiły się komplikacje. Doszły do końca składu i na sam przód przejścia nie było. Postanowiły więc na najbliższej stacji przesiąść się do pierwszego składu, pójść na przód i kupić bilety. A tu przyszedł pan kontroler "Proszę bilety do kontroli" "Ale my właśnie chcemy kupić".

Ominął je i podszedł do chłopaka, który razem z nimi wbiegł do pociągu i też chciał kupić bilet. Zaczęła się kłótnia o to, że w drugim składzie nie można kupować biletu i z automatu jest naliczana opłata taryfikacyjna 74 złote (jeśli się płaci od razu na miejscu...). Gość twierdził, że nie ma dowodu tożsamości, doskonale, to wysiądą w Brwinowie i poczekają na patrol policji.

...w Brwinowie gość ze stacji zwyczajnie uciekł, a dziewczęta zgodnie ze swoim planem przesiadły się do pierwszego składu i poszły na sam przód...

poniedziałek, 16 marca 2015

Z Bogiem w tle

A.
Uważność przeniosła się na jeden dzień do Poznania.

czasem są takie szalone pomysły, które nieoczekiwanie nagle zaczynają z głowy wychodzić i oglądać światło dziennie. Po co wstawać o 4-tej nad ranem, jechać ponad 3 godziny pociągiem do Poznania, a wieczorem wracać kolejne ponad 3 godziny i kłaść się spać w środku nocy z powrotem we własnym łóżku... No i jeszcze za ten pociąg płacić, za darmo każdy by się przejechał.
A jednak można.
Wystarczy, że dwie rąbnięte mieszkają daleko od siebie, w Warszawie i Szczecinie, i chcą się spotkać.

Wspaniale jest wybić się z życia na ten jeden dzień i przestać się spieszyć. Bez planu, bez niczego, jedyne co mnie ogranicza to pociąg o 19:33 i to, że nie mam miliona w portfelu. Możemy iść w lewo albo w prawo, możemy posiedzieć w Cacao Republika jeszcze godzinę albo już wychodzić, możemy...możemy sobie być :)

* * *

Jeździły sobie autobusami bez sensu. Nie wiedząc, gdzie są, w co wsiadają i dokąd jadą. Jak się podoba - to wysiadają. Jak nie - to czekają na lepszą okolicę. Autobus numer 60 mknął po poznańskich ulicach i uliczkach tak jak co dzień i w zasadzie nikt z pasażerów nie zwracał specjalnie uwagi na to, co dzieje się za oknem. A za oknem się działo! Za oknem był napis, który można zauważyć.
Pisk, wizg, tu im się podoba, wysiadają na najbliższym przystanku... i wracają kilometr, żeby zrobić zdjęcie napisu.


Ale o tym napisie jeszcze będzie kiedyś.


* * *

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Wędrówki na UW

"Pewnego razu, bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, mieszkał sobie (...) zupełnie sam w lesie pod nazwiskiem pana Woreczko.
- A co to znaczy pod nazwiskiem? - zapytał (...)
- To znaczy, że na drzwiach na tabliczce miał wypisane złotymi literami nazwisko, a mieszkał pod nim."

Kto pamięta, z czego to? :)


poniedziałek, 29 grudnia 2014

"Jest Pan człowiekiem"

Nawet myślałam już, żeby o tym napisać przed Świętami. Że oni też są ludźmi. Ale w świątecznej bieganinie nie starczyło mi czasu. A potem zapomniałam. Dziś, dosłownie przed chwilą Ktoś mi o tym dobitnie przypomniał.

Niewiele ponad tydzień temu spotkałam Ich...przyszłam do nich i to, co stamtąd wyniosłam to to, że spotkałam ludzi. Dobrych ludzi. Chociaż najczęściej inni ludzie (i ja też!) na nich krzywo patrzą. Oni pokazali mi, że są ludźmi. Dzisiaj jednemu z nich sama to mówiłam. Że jest człowiekiem. Że wciąż jest człowiekiem.

poniedziałek, 17 listopada 2014

(103-108) Jeżowce i pocztówki, czyli o Grecji w skrócie

W Grecji w Kavali miałyśmy kilka dni służby. Sprzątałyśmy cmentarz katolicki. A właściwie doprowadzałyśmy go do stanu używalności, bo był cały zarośnięty. W dodatku nie było kosiarki, trzeba było wszystko ręcznie albo małym sekatorkiem wycinać. Myłyśmy nagrobki, sprzątałyśmy zapajęczoną kaplicę...

Ja myłam nagrobki, bo kąpiąc się jedyny raz w Morzu Egejskim wlazłam na jeżowca i od tamtej pory na zawsze on pozostał w mojej stopie... z tym, że wtedy bolał i nie mogłam za bardzo chodzić (zresztą, co za ironia losu. Łaziłam przez tydzień po tych górach, kręgosłup mnie bolał mniej lub bardziej, ale chodzić mogłam bez problemu. Skończyły się góry to wlazłam na jeżowca... Wypadek rodzaju "zdobył Mount Everest, złamał nogę wychodząc z samolotu").

Służba!

niedziela, 16 listopada 2014

(101)(102) Głupi fart?

(101)

Od początku wędrówki po górach miałyśmy dzień do tyłu, którego nie udawało nam się nadrobić...
A na sobotę wieczorem, 2.08, byłyśmy umówione już w Kavali, nocleg, ksiądz i w ogóle, że Msza rano w niedzielę jest (jedyna w promieniu iluśset kilometrów).

Piątek rano. A my w Mugli. W środku bułgarskich gór. 264 km samochodem do Kavali (właśnie sprawdziłam na Google mapsie, samochodem jest trochę bardziej naokoło niż piechotą przez góry).

Przepyszny wiejski chleb. Wykupiłyśmy cały, znaczy 4 sztuki. Sprzedawczyni była szczęśliwa!
Boże, pomóż!

AK się rozchorowała. No to żeśmy ruszyły... została z nią Martyna, ogarniać transport do Teszel, do którego my miałyśmy iść przez góry. W dodatku cała reszta miała jakiś dzień kryzysu, odpoczynki częściej niż zwykle, poruszałyśmy się w jakimś zwolnionym tempie... coś okropnego. I pogoda taka sobie, kropił i kropił i siąpił ten deszczyk, niby nic, a jednak chwilami wkurzał.


Ale okolica ładna :) mimo różnej pogody... ;)
Po kilku godzinach wędrówki, właściwie to całym dniu prawie, doszłyśmy do Trigradu. Do Teszel kolejne 12,5 km, a drużyna cokolwiek zmęczona. Podzieliłyśmy się na 3 grupy względem zmęczenia i zdrowia, i zaczęłyśmy łapać stopa.

No i pierwsze dwie pary pojechały ekstremalnie szybko. Aż się zdziwiłam, że tak szybko. A ja, Maja i Gosia szłyśmy sobie radośnie przez Trigradskie Skali, oglądałyśmy wąwóz i niesamowite, zapierające dech w piersiach skały... No i też łapałyśmy stopa. Nikogo. Mało kto jechał, a nawet jak jechał, to się nie zatrzymywał...

niedziela, 2 listopada 2014

(100) 2188 m n.p.m.

Tak się ciekawie złożyło, że to akurat był 100 radosny dzień. Nie do pojęcia.

Zdobyłam siedem dwutysięczników.
Jednego dnia.
Na takim prawdziwym szczycie byłam dwa razy. Bo szlak szedł w ogóle między szczytami. I, na przykład, na najwyższym z nich Bułgarzy mają bazę wojskową.

Ale od początku.
W nocy była straszna burza. Naprawdę straszna. A jeszcze pod namiotami - praktycznie żadnej bariery dźwiękowej. Obudziłam się i rozmyślałam nad ulotnością życia. Jak długo jeszcze będę żyć. Czy jestem w najwyższym punkcie w okolicy (nie byłam), a czy ta dzwonnica obok przypadkiem nie ściąga piorunów. Chyba nie ściągała, bo żyję. Przez ileś czasu modliłam się i liczyłam sekundy, czy burza jest tuż nad nami, czy jednak trochę dalej. Bogu dzięki - trochę dalej. Tak z kilometr albo dwa. Ale echo po górach niosło grzmoty...!

Zasnęłam z powrotem jak się trochę uspokoiło.

poniedziałek, 27 października 2014

(99) Bułgarski twaróg...czyli nigdy więcej.
Witamy w Hollywood

Oj. To był straszny dzień.
Straszny na swój sposób.
I oczywiście piękny.
Zaczął się bardzo ładnie, i tak trwał do momentu, w którym uświadomiłam sobie, że w ostatnim przyjaznym domu zostawiłam swoją pałatkę. A właściwie nie swoją, a mojej siostry.

Na szczęście w informacji turystycznej w Szirokiej Lace można było kupić taki płaszcz plastikowy. Którego nigdy w życiu nie zakładam, bo bardziej się od tego plastiku spocę niż zmoknę na deszczu. No ale jest.

I kupiłyśmy też twaróg. Dużo twarogu.
Bo po paru dniach w górach i pasztetu odczuwałyśmy brak nabiału.
Ser!

...ale to był tradycyjny bułgarski twaróg.
Czyli BARDZO SŁONY.
Bardzo bardzo.
Że ledwie się dało jeść.
A myśmy go kupiły tak dużo. I miodu do niego...ale komedia.

Nigdy więcej bułgarskiego twarogu.

A pałatka z Bułgarii do mnie wróci, tylko za rok. Bo została w ostatnim przyjaznym domu, a jego gospodarze bywają tam raz w roku. Więc trzeba poczekać :) komedia niezła... ;)

No i jeszcze obiecany Hollywood z tytułu: witamy we wsi...:



A jutro wracamy do semiotyki. Albo ewentualnie zajmiemy się jakimś innym ciekawym przedmiotem. Bo dzień nr 100 musi być efektowny, więc trzeba go dopieścić :)

niedziela, 19 października 2014

(98) Czudnite Mostovy, konie i ostatni przyjazny dom

Rano zwiedzałyśmy sobie Cudowne Mosty. Robiły potężne wrażenie - że to natura sama takie rzeczy w skałach porobiła. Przeszłyśmy się kawałek potokiem pod spodem, a potem ja z Gosią stwierdziłyśmy, że nie wracamy tą samą drogą... z tym, że jedyna inna droga wiodła po bardziej lub mniej, ale jednak pionowych skałach. Co z tego, próbować można. Spróbowałyśmy. Udało się, aczkolwiek mi się udało po drodze parę razy zjechać kilka metrów w dół, przez te pokrzywy, osty i jeżyny, które tam rosły (i dzięki którym było się czego złapać...i była tam ziemia, a nie lita skała). I wciąż mam taką cieniutką bliznę na ramieniu po tym włażeniu. Rany bojowe ;).

Ale Cudowne Mosty były naprawdę cudowne. Mimo, że po tym włażeniu byłyśmy całe w pokrzywach, ziemi i zadrapaniach. Ale wyczyn skoczył do góry, nareszcie, tak cudownie i miło z tym uczuciem, że się namęczyło, a zrobiło coś więcej niż "chodzimy".

sobota, 18 października 2014

(97) Jednokierunkowe szlaki bułgarskie

Szlaki w Rodopach czasem są... jednokierunkowe. I to nie tak, jak w Tatrach, że w drugą stronę jest niebezpiecznie. Nic z tych rzeczy. Po prostu tak oznaczone...

Wyruszyłyśmy z Hvoiny, tej wsi ze studentką filologii i ruszyłyśmy w kierunku Cudownych Mostów. Przez Kabatę. Miałyśmy dojść do niebieskiego szlaku i potem tym niebieskim już do końca dnia, do celu.

I zgodnie z planem doszłyśmy do niebieskiego szlaku, który jak się pojawił, tak zniknął mniej więcej od razu. Szlak-widmo. Dobrze, że prowadziła nas Maja, Maja ogarnia mapę, to szłyśmy bardziej niż mniej do celu. A niebieski szlak pojawiał się i znikał... Gabi ogłosiła konkurs na to, kto pierwszy znajdzie szlak. No i wtedy się okazało po paru minutach, że szlak jest najzwyczajniej w świecie oznaczony tylko i wyłącznie DO TYŁU. Taka sytuacja.

poniedziałek, 13 października 2014

(96) Filologia polska. O tak.

Cierpliwości.

Wstałyśmy rankiem. Ładnie było, choć zimno. Spałyśmy obok opuszczonej cerkiewki, była ławeczka, stół, grillo-kominek :). Ciepła herbata. Pasztet, a jakże. No i krem czekoladowy. Nareszcie. I ruszyłyśmy w drogę :).


Po paru kilometrach doszłyśmy do szosy, było po 9, o 10 chciałyśmy być w Monastyrze Baczkowskim, 8 km dalej. Łapałyśmy stopa, ludzie pięknie brali (zupełnie jak ryby na wędkę), i pół godziny później już wszystkie byłyśmy u celu.