Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brańszczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brańszczyk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 sierpnia 2015

Po co w Brańszczyku chodzić do sklepu? - brańszczykowe opowieści, część kolejna

Mniej więcej codziennie, zwłaszcza jeśli nie leje, na tarasie po obiedzie formuje się silna grupa pod wezwaniem X złożona z dzielnych podopiecznych i wolontariuszy, którzy po zebraniu całej kompanii i doliczeniu się wszystkich (oraz tego, czy jest wystarczająco dużo wolontariuszy do pchania wózków) ruszą na wielce daleką wyprawę do sklepu. No dobrze, nie jest tak tragicznie, wyprawa nie tak daleka i wcale nie trzeba być takim ultra dzielnym. Tylko czasami jak wolontariusz jest zmęczony, to wolałby posiedzieć w cieniu zamiast pchać wózek w pełnym słońcu.

Ale nic na darmo.
Bo jak się w tym skwarze dotrze do sklepu to można kupić lody. Chociaż nie jest to takie proste, bo najtrudniejsza część podróży to właśnie ta w sklepie. Sklep nieduży, z dwa wózki się zmieszczą... ale nie osiem. Więc jeśli wolontariusz nie zorientuje się przed wjechaniem do sklepu w sytuacji w środku, to bywa ciężko - trudno się z wszystkimi wyminąć. Ale się da :).

No więc w Brańszczyku w sklepie kupuje się lody. Często też ciastka, soki, colę, chipsy... co kto lubi i na co ma ochotę.

Jednak pewnego dnia moja pani Aniela (lat 80+) przebiła absolutnie wszystkich. Zazwyczaj w czasie takiej wyprawy zaopatrywała się w słodycze, po czym jak z nią rozmawiałam w pokoju czy na spacerze to mi je wciskała w ilościach po prostu niesamowitych. "Ale zjedz sobie jeszcze, skoro masz ochotę". Cudowna dobroć, problem w tym, że ja po zjedzeniu w ten sposób połowy paczki wafelków już wcale niekoniecznie miałam na nie ochotę (chociaż wafelki bardzo lubię ;-)). Sama pani Aniela niewiele ich jadła.
To były słodycze.

Aż tu któregoś dnia pani Aniela zarządziła wyprawę do dalszego sklepu, w którym ja nigdy wcześniej nie byłam, który ponoć jest większy. Po drodze trochę zabłądziłyśmy, znalazłyśmy się, znalazłyśmy sklep, faktycznie większy. Wjeżdżamy do środka, usiłuję nie rozbić wszystkiego wielkim wózkiem (jeżdżącym fotelem, jak go nazwała M). Stoimy w okolicy lodówki z mięsem i pani Aniela zadaje pytanie pani sprzedawczyni:
- Przepraszam, czy jest pościel?
Chyba zrobiłam równie wielkie oczy jak pytana pani. Usiłowałam powstrzymać się od śmiechu, marnie mi to wychodziło, jak zwykle. Okazało się, że z pościeli to tylko takie na poduszki i to nie w tym rozmiarze, co chciałaby moja podopieczna, więc niestety.
- A czy są takie ścierki do podłogi? Bo kiedyś były takie żółte...
Hm. Znalazły się tylko niebieskie. Ale nie były złe. Wzięłyśmy.
- A czy są garnki?
Znów śmiech pomieszany z zaskoczeniem. Najlepsze jest to, że okazało się, że garnki SĄ! Ale niestety litrowych garnków nie było, tylko rondelki. Zatem skończyło się na ścierkach do podłogi i wafelkach. Nieźle :)

Okej, teraz na serio. Na serio myślę, że po prostu jak pani Aniela żyje na co dzień sama to niekoniecznie ma kogoś, kto by dla niej zrobił takie zakupy inne niż spożywcze, a sama do sklepu nie wyruszy, bo już nie może, to jednak daleka wyprawa. Więc w ostateczności nie dziwię się, że chciała w różne rzeczy się zaopatrzyć w Brańszczyku, bo byłam z nią ja i mogłam to wszystko wozić i jakoś dałoby radę. Co nie zmienia faktu, że naprawdę byłam zaskoczona i naprawdę mnie to śmieszyło. No cóż...

Ze sklepem w Brańszczyku są jeszcze inne historie. Na przykład T., jeden z podopiecznych, wyruszał do sklepu zapominając o swoich pieniądzach. Przy czym totalnie nie czuł skrępowania żadnego, wybierał co chciał, po czym oświadczał "Ciocia płaci". Urocze, ale jednak trudne, bo jak sprawa ujrzała światło dzienne, to niestety trzeba było mu za każdym razem tłumaczyć, że bez swoich pieniędzy nie bardzo może pójść do sklepu...

Hmm... przydałoby się jakieś przesłanie na koniec. Żeby oprócz zabawnych anegdot była jakaś głębia. No nie wiem. Jednego dnia poszłyśmy z M. na lody akurat w takim czasie, że bez podopiecznych i M. kupiła sobie pół litra lodów Grycana. Jakkolwiek pyszne, to potem kazała mi pilnować, żeby więcej nie jadła aż tylu lodów na raz.
Ja z kolei wygrałam big milka! Chyba pierwszy raz w życiu! :)


Kolejna zapowiedź - następna część brańszczykowych opowieści będzie o Mam Talent.
aha, fot. Mary J., w poprzednim poście zresztą też :)

piątek, 31 lipca 2015

W(olont)ariackie towarzystwo - brańszczykowe opowieści part X.

Łaaa... znalazłam w telefonie cytaty z Brańszczyka zapisywane na szybko i w biegu, żeby nie umknęły w pogoni za rzeczywistością. Umknęły, ale się odnalazły! :)

Kiedy już wariowaliśmy w trakcie któregoś posiłku i już nie do końca było wiadomo, co się dzieje, co jest żartem, a co jeszcze nie...
Rafał: Tutaj z dnia na dzień posiłki stały się coraz mniej zrozumiałe...
Socjusz (z bardzo bardzo poważną miną): Posiłków nie należy rozumieć, należy je spożywać.

Po długiej nocnej rozmowie wracam z Mary do piwnicy, w której śpią wolontariusze. Mary śpi w innym pokoju, z którego wychodzi Mariola i mówi:
- Marysia, ale wiesz, że tu dzisiaj nie śpimy?
- Ale jak to?
- Bo nie ma okna.
Chwila konsternacji. Jak to nie ma okna. To nie jest cela z zamurowanymi oknami ani nic, wszak spały w tamtym pokoju już parę nocy... okazało się, że okno przy zamykaniu po prostu wypadło. I faktycznie - nie ma szyby. Jest za to powiew wieczoru. Trochę zimny i mało przyjemny...

Jezuici dyskutują o fryzurach. Rozważają, czy ładniej jest komuś w warkoczu czy w rozpuszczonych, czy...
Socjusz: Ale Ty nie odróżniasz warkocza od kłosa. Jesteś kompletnym ignorantem!

Kamilowi (temu, który nie mówi, ma tablet od "ale jaja" i super książkę) coś się zepsuło w tablecie. Nie mógł wysyłać sms-ów. Zosia chciała mu pomóc i najpierw sprawdzała, czy on w ogóle działa, więc zadzwoniła do siebie. Działał.
- Nie martw się Kamil, nie możesz wysyłać sms-ów, ale możesz dzwonić!
No faktycznie. Ciekawe, co Kamil by przez ten telefon powiedział...

Sandra rozmawia z Socjuszem. Pół żartem pół serio.
- Ojciec jest jak oścień dla mnie. Wysłannik szatana, żeby mnie policzkował...
- Już wolę jak mówisz do mnie "Socjusz".

Dawid SJ, nowicjusz, mówił kawałek konferencji ostatniego dnia. O wspólnocie miało być. Świadectwo. Wczuł się w rolę, zdjął zegarek, położył na ambonce, oparł się na niej jak trzeba... i mówi.
- Wczoraj jak myślałem o tej konferencji to miałem pustkę w głowie. I wczoraj ta pustka mi coś powiedziała.
(...) Patrzę na siebie i widzę, że mam taki dar mówienia i mówienia... i czasem plotę głupoty (po 15 minutach konferencji)

Socjusz, w trakcie konferencji:  To zaśpiewajmy.
Podopieczny: Co?
Socjusz: Co? Piosenkę.

Wolontariuszka: Bo ja mam taki problem, że niezależnie od tego, w co się ubiorę, i tak wyglądam elegancko.

Przed ostatnim wieczornym spotkaniem dla wolontariuszy podchodzi do mnie i do Mary wystraszona siostra zakonna i mówi, że <znowu będzie to dzielenie i każdy będzie musiał coś powiedzieć, a ona nie chce> Przekonałyśmy ją, że jeśli naprawdę nie chce mówić, to może nie chcieć i nie mówić.
W trakcie samego spotkania okazało się, że dzielenia jednak nie ma. Po zakończeniu części oficjalnej podchodzi do nas ta sama, tym razem uśmiechnięta, siostra zakonna i mówi:
Słuchajcie! Udało się! Nie było tego momentu!

Ostatnia noc. Długie rozmowy. Przyszedł Dawid SJ. Pytamy się go o coś. W końcu nie wytrzymałam, na konferencji jeszcze w miarę rozumiałam o czym mowa, ale teraz ogólniki i mądre słowa o drugiej w nocy stały się dla mnie już totalnie niezrozumiałe.
- Przepraszam, ale czy możesz mówić mniej wzniosłym językiem? Bo jest druga w nocy i ja nie rozumiem.

Żart... chyba Socjusza. Nie pamiętam.
- Jak się nazywa bardzo wysoki mężczyzna? Man-tyka.
A bardzo niski? Man-dolina.
A taki, który jest bardzo daleko? Het-man.
A taki, który jest tu, blisko? Tu-man...

Tutaj chyba rusza wyprawa do sklepu.
Zapowiadam w ten sposób następny odcinek:
"Po co w Brańszczyku chodzi się do sklepu?"
Z podopiecznymi, a zwłaszcza moją panią Anielą, w rolach głównych.

czwartek, 30 lipca 2015

Noc - Brańszczykowe opowieści

Wróciłam z obozu. Kolejne opowieści do napisania. W jakimś międzyczasie jeszcze trzeba się wreszcie wziąć za pamiętnik, bo tutaj wszystko jest na cenzurowanym ;). No i zacząć się uczyć do starożytności... A tymczasem jeszcze nie było tu wszystkich brańszczykowych opowieści.

W Brańszczyku każdy wolontariusz ma swojego podopiecznego. Czasem nawet kilku. I tą konkretną osobą się zajmuje bardziej niż innymi.
Na początku mojego pobytu w Brańszczyku nie miałam konkretnej podopiecznej. Turnus zaczął się parę dni wcześniej i już wszyscy byli przypisani do innych wolontariuszy, nie było po co zmieniać. Moim zadaniem miało być zmienianie tych, którzy mieli dyżur nocny - żeby mogli trochę przed obiadem na spokojnie odespać.

Toteż jak wstałam pierwszego pięknego poranka, to zaraz pobiegłam zajmować się panią Krysią. Agatka, jej wolontariuszka, pojechała wtedy do siebie do domu, bo był czyjś pogrzeb, a Mariola rano mi trochę pomogła i poszła odsypiać noc.

Pani Krysia jest starsza, na wózku, lubi rozmawiać, opowiadać o swojej rodzinie - rodzinie brata i siostry, o szwagrze, ich dzieciach... i jest mega cierpliwa. Że ona ze mną ten jeden dzień wytrzymała, to ja ją podziwiam. Bo co z tego, że miałam dobre chęci, jak przecież pierwszy raz w życiu się opiekowałam nią i w ogóle niepełnosprawnymi. Pierwszy dzień w dodatku. Pełen niespodzianek. Jak wieczorem pomagałyśmy z Agatką jej nałożyć piżamę, to nam się jakoś zakręciła, trzeba było zdjąć, zakładać od nowa... a przecież to wszystko boli.

I zero skargi.

* * *

Kolejnego dnia zmiana dyżurnego z nocy wrzuciła mnie do kuchni i wycierania naczyń, rozstawiania... ale o tym kiedyś jeszcze będzie.
Pomyślałam sobie, że okej, jestem tu już jakiś czas, już się trochę nauczyłam, a skoro mam zmieniać tych, co dyżurują w nocy, to może się po prostu na taki dyżur wpiszę i nie będzie cyrków na kółkach ze zmienianiem niewyspanej dyżurnej. No i tak zrobiłam.
I wtedy po południu przyjechała jeszcze jedna podopieczna, pani Aniela, która została moją podopieczną. O rany. Popołudnie kryzysu. Zmęczenie już było, perspektywa nieprzespanej nocy, niepewność, czy dam sobie radę jako wolontariuszka pani Anieli, wszak nie mogę nosić, więc nie zawsze jej będę mogła pomóc... no i nie ma kto mnie zmienić po tej nieprzespanej nocy.

Jakoś dało radę. Wszyscy, którzy byli w Brańszczyku kolejny raz, mówili, że w tym roku nocki są wyjątkowo lekkie. I to była prawda, nie było ciągłego latania całą noc od jednych wołających do drugich.

Co nie zmienia faktu, że jednak były trudne momenty. W środku nocy trzeba było przewinąć Maryśkę. Przychodzę i takie "Hmmm...gdzie są te wszystkie rzeczy. Chusteczki, pampersy na zmianę, kremy...?". No, znalazłam, udało się. Przewinęłam Maryśkę. Sprzątam. I patrzę, że Sandra, jej wolontariuszka, wszystko pięknie przygotowała do tego przewijania i leży na środku nocnego stolika. Nie zauważyłam. No cóż. Chyba w nocy bywam niespostrzegawcza.

* * *

Pani Aniela w ogóle była mistrzynią. Jeszcze będę o niej pisać. Wieczorem kilka razy mi przypominała, żebym wpisała do zeszytu dyżurów nocnych, żeby do niej przyjść o drugiej i obudzić ją do toalety, bo w nocy nie da rady sama w ciemności dojść. Przychodzę o tej drugiej, specjalnie pilnowałam zegarka, żeby się nawet minutę nie spóźnić, a pani Aniela mi mówi, że dziękuje, poradziła sobie sama, mogę iść. Kochana :).

* * *

Potem zaczął się po prostu bardzo trudny dzień, bo byłam niewyspana (pół godziny przed pobudką + pół godziny w trakcie konferencji ojca Socjusza + godzina po obiedzie = za mało snu). Zastanawiam się teraz, jak ja wtedy dałam radę. Ale dałam. On jednak naprawdę istnieje i działa... :)

sobota, 11 lipca 2015

Oooo...szybciutko!

Do wczorajszych bohaterów dołączą dziś:

- Olga - jedna z wolontariuszek, znałyśmy się już z Kontaktu; gra na gitarze, ma poczucie humoru (ten epitet robi się już nudny)... czasem dość nietypowe..., razem z Weroniką zajmowała się czterema dziewczynami naraz (Zuzią, Eweliną, Justyną, Kasią i Olą, aha, to pięć)

- Zosia - równoważnie: Kasia; weteranka Brańszczyka, przyjeżdża już szósty rok; gra na skrzypcach i pięknie śpiewa, razem z Olgą obstawiały muzycznie Msze i inne brańszczykowe muzyczne okazje; opiekowała się...

- Bachą; Basia podobnie jak Kamil nie mówi i ma książkę, przy czym tym razem w tej książce trzeba samemu pokazywać a ona tylko daje znać "tak/nie" - czy to chodzi o to, czy nie. Doskonale słyszy i rozumie co się dzieje i często się z tego śmieje otwierając buzię tak szeroko jak hipopotam; i opada jej głowa na lewo prawie cały czas i trzeba ją trzymać (jak ja jej współczuję, ja ze swoją szyją ledwie wytrzymuję, a ona ma chyba jeszcze mniej wygodnie...), co stwarza różne trudności np. w czasie posiłku wolontariuszy...

No, starczy.
Przypominam, że oprócz tego znamy już Kamila (DJ Szeląg), Rafała i ojca Socjusza (i innych, ale ich akurat w tej historii nie będzie).

* * *

No więc Basi trzeba trzymać głowę. W dodatku Basia rekordowo wolno je (mistrzyni!). Wesoły stolik składający się z Basi i Kamila oraz Rafała i Zosi zawsze zaczynał wcześniej i kończył później. A jak był posiłek opiekunów, to Bacha siedziała w wózku obok, żeby Zosia z Rafałem mogli pilnować jej głowy, żeby nie spadała. I uwaga zwrócona non stop na dwa fronty - własny talerz i Basia.

piątek, 10 lipca 2015

Dzień sportu i jajka - brańszczykowe opowieści

Prof. ŁNS powiedział, że mam swobodny styl pisania i dobrze się czyta, i żebym to pielęgnowała. Toteż pielęgnuję... :) Swoją drogą, trochę się bałam, co on powie na mój styl pisania, bo pracę roczną pisałam takim językiem...no właśnie swobodnym. Trochę jak blog, bez przesady, nie całkiem, ale jednak tak jakoś...nie przypominało mi to języka żadnej z książek stricte naukowych, które zdążyłam w życiu przeczytać.
Ale wróćmy do pielęgnowania mojego swobodnego stylu i opisywania niezwykłego miejsca nad Bugiem :)

Krótki słownik postaci na najbliższą historyjkę;

- DJ Szeląg, czyli jeden z Kamilów. Kamil jeździ na wózku, nie mówi normalnie, a za pomocą książki. W ogóle jestem pod wrażeniem tego wynalazku - że ktoś wymyślił, żeby zrobić książkę z obrazkami/znakami migowymi, wszystko podpisane, pięknie posortowane, tak, że Kamil znając książkę na pamięć potrafi całkiem sprawnie znaleźć słowo, o które mu chodzi (właściwie cała zwłoka polega nie na myśleniu, gdzie jest dane słowo, a na poprzewracaniu kartek, która to czynność akurat w wykonaniu Kamila jest mocno utrudniona).

czwartek, 9 lipca 2015

Brańszczyk - miejsce, w którym wszyscy jesteśmy podopiecznymi

Ech.
Zanim napiszę o Brańszczyku ileś zdań...
Tego się nie da opisać. To, co tu będzie, to będzie zbieranina wielu zabawnych historii, które wywołały na mojej twarzy uśmiech, wielu trudnych historii, które rozrywały serce... ale tego się nie da opisać. Co innego jest to przeżywać w stanie nieprzytomnego zmęczenia, bo przez ostatnie kilka nocy spało się po 4-5 godzin (albo mniej?), co innego jest o tym pisać, a co innego o tym czytać.
I dlatego w sumie nie bardzo podoba mi się to, co niżej napisałam. Jest jakieś takie... puste. Tak wiele temu brakuje do opisu rzeczywistości. No cóż. Mimo wszystko będę próbować. Chociażby dlatego, że mnie podobne opowieści zachęciły do tego, żeby tam pojechać. I nie oddałabym za nic tych 10 dni w Brańszczyku nad Bugiem, gdzie uczyłam się kochać bez względu na porę dnia i nocy, bez względu na to, kto przede mną stoi - zdrowy czy chory, starszy czy młodszy, czy rozumie to, co do niego mówię, czy nie dociera do niego rzeczywistość... Za nic.
Więc może ktoś dzięki tej pisaninie w którymś momencie też zdecyduje się pojechać?

* * *

W drodze do Brańszczyka...HS niezdana, GAL zdany, jedziemy w inną rzeczywistość... ;-)
Brańszczyk. Mała miejscowość nad Bugiem, Dom Emeryta, do rzeki jakieś 150 metrów od ogrodzenia. Malowniczy teren, ogród, tuje, kury i gęsi, huśtawki... właśnie tam spędziłam sam koniec czerwca i kilka pierwszych dni lipca jako... wolontariuszka na wczasorekolekcjach dla niepełnosprawnych. Parę osób znajomych z DA, paru znajomych jezuitów i dużo nieznajomych osób. Ludzie po prostu niesamowici. Wszyscy. I wolontariusze i podopieczni.

Działo się tak mnóstwo, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Zanim opiszę wszystko, co najciekawsze to minie pół roku... :) większość osób tu opisywanych będzie miała różne pseudonimy, żeby wszystkich jakoś porozróżniać... na początek dwa ogólne wnioski:

Granica między wolontariuszami a podopiecznymi znika. Zniknęła. Zaciera się w tempie po prostu zastraszającym. Ja ze względu na egzaminy się spóźniłam na turnus kilka dni, ale zacieranie granicy nadrobiłam dosyć szybko... :) jak to powiedział Socjusz (chyba on): "wszyscy jesteśmy podopiecznymi". Ja bym do tego dodała, że niektórzy podopieczni czasem są wolontariuszami... ;-)